Od 1 marca 2025 r. NFZ zaczął rygorystycznie egzekwować wymóg, żeby lekarze podstawowej opieki zdrowotnej podczas pierwszego spotkania oraz przynajmniej raz w roku pytali każdego pacjenta o masę ciała, wzrost i o to, czy pali wyroby tytoniowe. A potem te informacje rejestrowali w systemie.
Niewywiązanie się z tego obowiązku jest zagrożone konsekwencjami finansowymi.
Pomysł jest jasny, realizacja kuleje
W ocenie dr. Michała Sutkowskiego, lekarza rodzinnego, specjalisty medycyny rodzinnej i chorób wewnętrznych, zamysł tych działań był jasny: miał służyć profilaktyce zdrowotnej. Ale sposób wdrożenia przepisów nie przystaje do realiów pracy lekarza.
Zwłaszcza – jak podkreślał to już rok temu w rozmowie z Medonetem – podczas wizyt domowych czy w przypadku pacjentów w ciężkim stanie.
Przedstawiciele środowiska medycznego podkreślali, że takie rozwiązania sprowadzają ich do roli ankieterów, wydłużają czas wizyty i mogą negatywnie wpływać na relację z pacjentem.
Po roku od wprowadzenia tych regulacji pojawia się pytanie, czy sprawdziły się one w praktyce? I jak reagują na nie pacjenci?
Pacjenci się buntują
Dr Michał Sutkowski podkreśla, że wielu z nich wyraża niezadowolenie z powodu powtarzających się pytań.
– Pacjenci są zbuntowani Mówią: „byłem tu dwa miesiące temu i znowu mam odpowiadać na te same pytania? – relacjonuje w rozmowie z Medonetem.
Szczególnie trudne jest to dla osób zmagających się z nadwagą, które nie chcą za każdym razem konfrontować się z tematem swojej masy ciała.
Lekarz zauważa, że choć tego typu pytania mogą czasem motywować do zmiany nawyków, równie często są odbierane jako niepotrzebny nacisk.
Największe trudności pojawiają się, gdy obowiązek zadawania tych pytań nie ma żadnego związku z powodem wizyty.
– Pacjent, który przychodzi do mnie z zapaleniem spojówek, a ja nagle go ważę, faktycznie może zastanowić się, co jest z tym doktorem nie tak – mówi Sutkowski.
Jeszcze bardziej absurdalne sytuacje mają miejsce podczas wizyt domowych lub u osób unieruchomionych.
– Były przypadki osób ze złamaną nogą, które należało zważyć. To przecież bez sensu – dodaje.
Po roku problem nie został rozwiązany
Według dr. Michała Sutkowskiego sama idea zbierania danych nie jest zła, jednak problematyczny okazuje się sposób jej realizacji. Jako przykład lepszego rozwiązania wskazuje program „Moje zdrowie”.
— Tam pacjent najpierw sam wypełnia ankietę i przychodzi przygotowany, a my w gabinecie weryfikujemy dane i proponujemy konkretne działania. To ma sens, bo prowadzi do decyzji medycznych — tłumaczy.
Obecnie i lekarze, i pacjenci przyzwyczaili się do nowych wymagań. – Wszyscy to robią, emocje opadły – podsumowuje rozmówca serwisu.
Tyle że problem nie został rozwiązany. – To taka rana zaschnięta, a nie wyleczona. Bo kluczowe jest jedno: te działania powinny mieć medyczny kontekst. Trzeba zostawić lekarzowi i pacjentowi przestrzeń, żeby decydowali, kiedy naprawdę ma to sens – mówi.
Lekarze nie mogą opierać się na deklaracji pacjenta
Po roku obowiązywania przepisów jedno pozostaje niezmienne: nie chodzi już tylko o rozmowę.
– To nawet nie chodzi o samo pytanie — podkreśla dr Michał Sutkowski. – Bo przecież w gabinecie i tak pytamy o nałogi. Ale kluczowe jest to, że pacjenta trzeba zmierzyć i zważyć. I to często w absurdalnych sytuacjach — przyznaje.
A system nie pozwala na uproszczenia. — Nie możemy oprzeć się na deklaracji pacjenta. On może powiedzieć różne rzeczy, więc niezależnie od sytuacji, trzeba to po prostu zrobić. Za każdym – dodaje.
To właśnie formalizacja tych czynności najbardziej wpływa na przebieg wizyty. Zamiast swobodnej rozmowy pojawia się obowiązkowa procedura, którą należy wykonać i odnotować w systemie. Chociaż dla personelu medycznego stało się to już elementem codzienności, dla wielu pacjentów to wciąż źródło zdziwienia.