Do kardiologa w Gorzowie Wielkopolskim pacjent czeka ponad 1000 dni. To nie jest pojedynczy przypadek. W małych miastach coraz trudniej o lekarzy, a problem będzie narastał, bo znaczna część obecnej kadry wkrótce osiągnie wiek emerytalny.
Najnowszy raport Think Tanku SGH dla Ochrony Zdrowia pokazuje skalę tego kryzysu.
Na wizytę u chirurga trzeba czekać ponad 1000 dni
1067 dni – tyle wynosi czas oczekiwania na świadczenie w ramach kardiologii w Gorzowie Wielkopolskim dla pacjenta w stabilnym stanie. W Wałbrzychu na świadczenie z zakresu chirurgii ogólnej trzeba czekać 635 dni.
Ten sam problem dotyczy także psychiatrii dziecięcej. We Wrocławiu termin oczekiwania wynosi 328 dni, a w Bydgoszczy 255 dni. Tak długie kolejki są jednym z efektów problemów kadrowych, z którymi szczególnie mocno zmagają się mniejsze miejscowości.
Z raportu Think Tanku SGH dla Ochrony Zdrowia, który opisuje „Fakt”, wynika, że 79 proc. badanych placówek ocenia brak lekarzy jako problem poważny lub bardzo poważny. Badanie objęło 181 placówek medycznych działających w mniejszych miastach Polski.
Lekarzy brakuje, a obecni odchodzą na emeryturę
Największym problemem jest to, że niedobór lekarzy nie jest przejściowym kłopotem. W wielu placówkach sytuacja może się w najbliższych latach jeszcze pogorszyć.
W ponad połowie badanych lecznic od 30 do 50 proc. lekarzy już osiągnęło wiek emerytalny albo osiągnie go w ciągu najbliższych pięciu lat. Oznacza to, że szpitale i poradnie, które już dziś mają trudności z obsadzeniem stanowisk, wkrótce mogą stracić kolejnych specjalistów.
To szczególnie niebezpieczne w mniejszych ośrodkach, gdzie znalezienie następcy może być znacznie trudniejsze niż w dużym mieście.
– W miastach powiatowych trwa bój o każdego lekarza. Brak jednego specjalisty może oznaczać zamknięcie całego oddziału – mówi cytowany przez „Fakt” Przemysław Gliklich, prezes Szpitala Miejskiego w Gliwicach.
Brakuje internistów, anestezjologów i chirurgów
Problem dotyczy przede wszystkim specjalizacji koniecznych do codziennego funkcjonowania szpitali.
Największe braki dotyczą internistów – wskazuje je 62 proc. placówek. W przypadku anestezjologów i specjalistów intensywnej terapii problem zgłasza 50 proc. lecznic. Niemal połowa placówek ma trudności ze znalezieniem chirurgów ogólnych – 48 proc. — oraz radiologów – 47 proc.
To specjalizacje, których brak może bardzo szybko przełożyć się na dostępność świadczeń. Bez odpowiedniej liczby anestezjologów trudno wykonywać operacje, bez chirurgów nie można zapewnić pełnej działalności oddziału chirurgicznego, a brak internistów uderza w podstawowe funkcjonowanie wielu szpitali.
Młodzi lekarze wybierają duże miasta
Dlaczego małym placówkom tak trudno znaleźć lekarzy? Dyrektorzy wskazują przede wszystkim na niedobór specjalistów w całym regionie. Taką przyczynę wskazało 64 proc. badanych.
Kolejnym problemem jest konkurencja innych placówek — 48 proc. wskazań. Dla lekarza duże miasto oznacza bowiem nie tylko większy szpital, ale także możliwość łączenia pracy w kilku miejscach, dostęp do prywatnych placówek i większą liczbę możliwości rozwoju zawodowego.
45 proc. badanych wskazało również na małą atrakcyjność placówki wynikającą z jej położenia. Dla młodego specjalisty praca w niewielkiej miejscowości może być mniej atrakcyjna niż zatrudnienie w dużym ośrodku akademickim.
Problem jest więc częściowo strukturalny. Nie chodzi tylko o to, że szpitale powiatowe potrzebują większych pieniędzy na wynagrodzenia. W niektórych regionach po prostu brakuje lekarzy, których można zatrudnić.
Szpital bez lekarza ogranicza działalność
Konsekwencje problemów kadrowych ponoszą przede wszystkim pacjenci. Placówka, która nie ma odpowiedniej liczby lekarzy, nie może przyjmować tylu osób, ile mogłaby przy pełnej obsadzie.
Według raportu 37 proc. placówek w ciągu ostatnich dwóch lat musiało zmienić kontrakty z NFZ, ograniczając zakres świadczeń oferowanych pacjentom. W przypadku szpitali I stopnia odsetek ten przekracza 40 proc.
W praktyce może to oznaczać ograniczenie liczby przyjęć, zmniejszenie dostępności konkretnych świadczeń albo konieczność szukania pomocy w większym mieście.
To z kolei może oznaczać jeszcze dłuższe podróże dla mieszkańców mniejszych miejscowości. Pacjent, który kiedyś mógł skorzystać ze świadczenia w swoim powiecie, może zostać skierowany do szpitala wojewódzkiego oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów.
Rekordowe kolejki już są
Problem widać w danych dotyczących oczekiwania na świadczenia. W poradniach chorób metabolicznych pacjenci w niektórych miastach czekają setki dni. W Olsztynie termin dla przypadku stabilnego sięga 915 dni, w Gdyni 762 dni, a w Białymstoku 544 dni.
W Olsztynie oznacza to, że pacjent może otrzymać termin dopiero pod koniec 2028 r.
Nie wszędzie sytuacja wygląda tak dramatycznie, ale różnice między regionami pokazują, jak nierówny jest dostęp do specjalistów. W województwach lubuskim i opolskim w ramach kontraktu z NFZ w ogóle nie ma poradni chorób metabolicznych.
Polska powiatowa coraz bardziej zależna od lekarzy z zagranicy
Szpitale próbują ratować się, sprowadzając medyków spoza Polski. Z raportu wynika, że 87 proc. szefów szpitali zatrudnia lekarzy zagranicznych. Taki sam odsetek deklaruje gotowość do natychmiastowego zwiększenia ich zatrudnienia.
Jednocześnie 67 proc. menedżerów uważa, że dostępność zagranicznych kadr jest nadal niewystarczająca w stosunku do potrzeb.
To pokazuje skalę problemu. Nawet jeśli placówka chce szybko uzupełnić braki, nie zawsze ma skąd wziąć lekarzy.
Rozwiązanie problemu wymaga więc działań długoterminowych. Jak wskazują eksperci cytowani w materiale, wykształcenie lekarza specjalisty trwa ponad dekadę. Nie można zatem oczekiwać, że zwiększenie liczby miejsc szkoleniowych natychmiast poprawi sytuację w powiatowych szpitalach.